wtorek, 12 marca 2013

Rozdział 10


Godzina dwudziesta. Basia z Kłosem, Martę gdzieś wywiało, Aleks poszedł z Cupkiem nie wiadomo gdzie. Kurde. A ja? Co ja mam robić? Siedzieć i wypijać dwulitrową Colę, którą Aleks w końcu kupił? Oglądać telewizję? Siedzieć znów na komputerze i przeglądać „słit focie” koleżanek? Moje życie towarzyskie mnie dobija. Ta, raczej brak życia towarzyskiego. Uśmiechnęłam się. Może to i dobrze, że jestem sama? Może poukładam sobie wszystko w głowie? Poprzypominam stare, dobre czasy?
Wiem! Uporządkuję wszystkie rzeczy Daniela.
Pozbędę się wszystkich jego staroci i zapomnę. Oj kurczę, gdyby to było takie łatwe. Głowa mi pęka, jak myślę o tym debilu.
Wstałam i weszłam do kuchni. Połknęłam trzy tabletki Apapu, bo podobno nie uzależnia, i popiłam je wodą. Włączyłam radio RMF-FM i zabrałam się do sprzątania. Akurat leciała piosenka Sunrise Avenue - Hollywood Hills i oczywiście, zdzierając sobie gardło i niszcząc słuch sąsiadom, zaczęłam ją śpiewać. Sprzątając znalazłam jeszcze kilka listów od Gabrieli i spisałam adres z Vancouver. Może kiedyś mi się przyda? 
Chciałabym poznać Gabrielę. Współczuję jej, że wybrała sobie akurat takiego dupka na męża. Ale no cóż. Jak jest się młodym, to każdy chłopak wydaje się kandydatem na męża. Pewnie i tak było w tym przypadku. Z resztą po co ja to roztrząsam? Było – minęło. C'est la vie! Trzeba żyć dalej.
W końcu posprzątałam rzeczy Daniela i włożyłam je do wielkiego pudła, które postawiłam w szafie, w jego pokoju. Może kiedyś tu po nie przyjedzie? Szczerze mówiąc wolałabym nie. Wystarczy, że mam go już dość w myślach, co dopiero w świecie realnym. Spojrzałam na zegarek. Ósma czterdzieści. Nawet szybko się uwinęłam. Zaparzyłam sobie kawę i włączyłam tvn24. Ciekawe co się dzieje na świecie.
Po godzinie słuchania o obchodach trzeciej rocznicy śmierci prezydenta w Smoleńsku, zabójstwie w Filharmonii Dolnośląskiej i o innych zabójstwach, postanowiłam wyłączyć telewizor. Za dużo przemocy i brutalności emanowało w ostatnich zdarzeniach. Czemu nie mogą choć raz puścić tam jakiejś dobrej informacji? Jakiejś zabawnej, głupiej sytuacji? Nie, po co? Lepiej zdołować ludzi stanem wojny w Korei. Kurde. A ja myślę, że to ja mam problemy. Przełączyłam na inny kanał. Tym razem sportowy. Właśnie nadawali jakiś program siatkarski. Spoko, nie mam nic do siatki, nawet nauczyłam się w nią grać. Zaczęłam oglądać. Mówili coś o reprezentacji, o klubach, ale, jak zwykle, nie było to nic ciekawego. Wyłączyłam telewizor i przypomniałam sobie, że niedawno wypożyczyłam książkę. „Więzień nieba” Carolsa Riuza Zafóna. Zaczęłam ją czytać.
Nie wiem, czy Martin zaakceptował propozycję pana naczelnika, czy też ją odrzucił, ale zmuszony jestem myśleć, że na nią przystał, bo jeszcze żyje i wszystko wskazuje na to, że to nasz prywatny Bóg nadal jest zainteresowany tym, żeby to się nie zmieniło.” Tak, na tej stronie skończyłam ostatnim razem.
Zatopiłam się w słowach autora i nie wiem, kiedy zasnęłam.

Obudziłam się następnego dnia w tej samej pozycji, w której zasnęłam. Odłożyłam książkę i zaparzyłam kawę. Zawołałam Basię i Martę. Może dotrzymają mi towarzystwa? Spojrzałam na telefon. Szesnasty października, godzina dwunasta piętnaście. Chwila. Dwunasta piętnaście? Już tak późno? No nie! Jak mogę być takim śpiochem? Matko z córką, westchnęłam po czym wypiłam kawę i zjadłam śniadanie.
Postanowiłam się przejść. Nie będę siedziała w domu cały dzień. Basia jeszcze nie wróciła, Marta podobnie, Aleksa nie widziałam tak samo wszystkich innych. Gdzie ich wywiało? Jak zawsze – ja zostaję sama, podczas gdy oni dobrze się bawią. Westchnęłam i pokiwałam głową. Tak to już jest, Ada, tak to już jest.
Po kwadransie byłam już gotowa na spacer. Ubrałam adidasy i wybiegłam z domu. Gdy zbiegłam już na dół, przypomniałam sobie, że nie zamknęłam drzwi. No, brawo! 
Ada, co ci się stało? Co się z tobą dzieje? Dziewczyno, weź się ogarnij. 
Wróciłam na górę i zamknęłam drzwi. Tym razem zjechałam windą.
Wolnym krokiem szłam główną alejką. Było naprawdę pięknie. Słońce świeciło, kolorowe liście spadały. Czułam się jak na tęczy. Wszystko było kolorowe i wesołe. Wbrew swoim myślom na temat Daniela i tego, gdzie się podziewają moi znajomi, uśmiechnęłam się. Wyjęłam słuchawki i włożyłam je do uszu. Puściłam sobie jedną z moich ulubionych piosenek  i usiadłam na najbardziej nasłonecznionej ławce. Rozkoszowałam się promieniami oraz utworem w moich uszach, kiedy poczułam, że ktoś mnie walnął w ramię. Momentalnie się ocknęłam i zdjęłam słuchawki z uszu.
-Cześć – przywitał się Cupko.
-Cześć. Nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś.
-Przepraszam – uśmiechnął się.
-Nie ma sprawy. Co tu robisz?
-Przyszedłem tu a Alkiem, a teraz nie wiem gdzie jest.
-A właśnie, miałam się zapytać. Gdzie wczoraj byliście? Nikogo nie było.
-Basia była z Kłosem.
-No, to akurat wiem.
-Ja z Alkiem u niego, a Marta i Zatorski byli z nami.
-A gdzie moje zaproszenie?
-No, nie ma – wyszczerzył się.
-Cupko, powiedz, o co chodzi? Prawie umarłam ze strachu!
-O nic nie chodzi. Spokojnie.
-Wiesz, że jak mówisz „spokojnie” to tylko bardziej mnie denerwujesz, prawda? - spytałam z uśmiechem na twarzy.
-Wiem. Ale to nie szkodzi. Może poszukamy Alka? Szczerze mówiąc boję się o niego. Wczoraj wydawał się jakiś taki markotny.
-Czemu?
-Nie wiem. Nie chciał powiedzieć. Coś mi tu nie pasuje.
-Chodź idziemy – zarządziłam i podniosłam się z ławki. Coś strzyknęło mi w krzyżu, ale uśmiechnęłam się i poszliśmy z Cupkiem na zwiady.
Po półgodzinnym szukaniu Alka stwierdziliśmy, że musimy coś zjeść. Weszliśmy więc do sklepu i kupiliśmy sobie po batonie.
-Nie ma to jak pożywny obiad – zaśmiałam się.
-No a jak! - powiedział Cupko cały w czekoladzie. Uśmiechnęłam się.
Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać. Spędziliśmy tam może kwadrans, dwa, po czym poszliśmy raz jeszcze szukać naszego zaginionego.
Nie można tego nazwać szukaniem. Chyba. Szliśmy i zamiast się rozglądać i wołać : „Aleks, gdzie jesteś?” śmialiśmy się z naszych dowcipów. W końcu postanowiłam to zakończyć.
-Słuchaj. W takim tempie to znajdziemy go, jak już naukowcy odkryją sposób, żeby mieszkać na Marsie. Weźmy się do roboty. Ja pójdę tędy – wskazałam drogę prowadzącą w lewą stronę. - A ty tamtędy. Tak może go znajdziemy.
-W porządku. Spotkajmy się tu za pół godziny. Jeśli go w tym czasie nie znajdziemy, to znaczy, że zaginął, a my wrócimy do domu i zjemy sobie obiad, bo szczerze mówiąc, jestem głodny jak wilk.
-Wow, Cupko, widzę, że bardzo się przejmujesz najlepszym przyjacielem – zażartowałam.
-Wiesz, znam go na tyle dobrze, że wiem, że prędzej,czy później powróci do domu – uśmiechnął się.
Odwzajemniłam uśmiech.
-Do zobaczenia.
Pożegnaliśmy się i poszliśmy każdy w swoją stronę.
Po co szukam dorosłego dzieciaka? Gdyby chciał, to by już dawno wrócił do domu. Ale nie, po co? Lepiej, żebym go szukała po parku, zamiast uczyć się. Z resztą, kogo ja oszukuję? I tak bym się nie uczyła. 
Nagle zobaczyłam Alka, obróconego tyłem do mnie. Już chciałam zawołać go, gdy zobaczyłam, kto za nim stoi. Amelia? Ja nie wierzę, no! Czy ta dziewczyna nie może mu dać spokoju? W tej chwili wmurowało mnie w ziemię i mimo że chciałam uciec, moje nogi zrobiły się nagle jakieś takie ciężkie. Amelia wbiła się w usta Aleksa. Nie widać było, żeby oponował. 
Przełknęłam ślinę nerwowo. oby mnie tylko nie zauważyli. 
Poczułam łzę spływającą po moim policzku.
Ada, spokojnie. Weź głęboki wdech i idź stąd. 
Kurde, nie mogę.
Ada, opanuj się. To tylko twój przyjaciel. Tylko i wyłącznie przyjaciel.

Czasem mamy siły na tyle dużo, że czujemy, że możemy przenosić Himalaje. Częściej jednak nie czujemy się na tyle silni, żeby uporać się z własnymi myślami. 

Hej!
Wymuszony, bo wymuszony, ale jest.
Obiecuję, z ręką na sercu, że następne już takie nie będą. Przysięgam!
A i jeszcze jedna sprawa. 
Rozdział 11 pojawi się NAJWCZEŚNIEJ w czwartek
Przepraszam, ale nie mam czasu, żeby  go napisać.
Pozdrowienia
Just me 

niedziela, 10 marca 2013

Rozdział 9



~Basia~

Jest już październik, a ja za rok kończę studia. Jak ten czas szybko leci! Jeszcze niedawno użerałam się z ludźmi w moim rodzinnym miasteczku, a tu bum, jestem w Łodzi. Popatrzyłam na stare zdjęcie klasowe, z podajże, piątej klasy. Uśmiechnęłam się. Jak dawno to było! Nikt nie wyszedł dobrze na tym zdjęciu. Nawet wychowawczyni. Zaczęłam się śmiać. Przypominałam sobie wszystkie twarze i osoby, które je nosiły oraz ich zachowania. Ile rzeczy się zmieniło!Nie umiem powiedzieć czy na dobre, czy na gorsze. Na pewno wiele rzeczy w moim życiu nabrało innych, bardziej kolorowych barw. Kiedyś myślałam, że moje życie nie jest nic warte. Na szczęście spotkałam kilka osób, które zmieniły odrobinę mój tok rozumowania. Utrzymuję nawet dobry kontakt z mamą, a moja siostra mieszka niedaleko mnie. Powiedzmy, że kilka przecznic dalej.
Usiadłam do komputera, którego nie odwiedzałam przez kilka dni i otworzyłam plik tekstowy. Przewinęłam na sto piętnastą stronę i przeczytałam ostatnie kilka zdań. Od dziecka pisałam tą książkę, mając cichą nadzieję, że kiedyś ją wydam i będę zarabiać miliony. Tylko, że plan był taki, że miałam ją skończyć jako trzynastolatka, zarobić miliony na tym „bestsellerze” i wyjechać z domu jak najszybciej się da. No cóż, nie mam już trzynastu lat, tylko niecałe dwadzieścia cztery, a moja książka nie jest bestsellerem, bo jeszcze jej nie skończyłam. No, ale chociaż wyjechałam z rodzinnego miasta. Westchnęłam i wzięłam się do pisania. Moja klawiatura kiedyś się ze mną wykończy. Podobnie jak ja ze swoim życiem. Napisałam już około dwóch stron, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Pewnie Marta lub Ada. „OTWARTE!” krzyknęłam. Ale dzwonek nie przestawał dzwonić. Nie chciałam odchodzić od mojego małego notebooka, bo właśnie dopadła mnie wena i za Chiny ludowe nie chciałam jej utracić. Dzwonek dzwonił nieubłaganie. Postanowiłam w końcu otworzyć. Mało brakowało, a ze złości bym rozwaliła biurko, przy którym siedziałam, tym samym zrzucając mój skarb, moje sto siedemnaście stron przyszłego bestsellera, moje małe dziecko.
Otworzyłam drzwi i przed moimi oczami ukazał się Karol.
Ktoś, kogo się nazywa przyjacielem, a kogo się za takiego nie uważa. To takie dziwne uczucie. Sama nie wiem. Pierwszy raz coś takiego czuję. Niby przyjaciel, niby najlepszy, a jednak ktoś więcej. To coś takiego, co się czuję do najlepszej przyjaciółki. Niby przyjaciółka, a jednak siostra. Karol raczej moją siostrą nie jest. Więc kim? Od kilku nocy nie mogę przez to spać. Od najmłodszych lat nocami rozmyślałam nad powstaniem wszechświata, nad sensem życia (a raczej jego brakiem) i nad wszystkim co mnie w danej chwili nurtowało. Teraz czynię mniej więcej to samo. Z jednym małym wyjątkiem. Kiedyś wszechświatem były dla mnie planety, gwiazdy. Teraz moim wszechświatem jest Karol. Nie mogę znieść myśli, że pewnego dnia obudzę się z myślą, że nigdy go już nie spotkam. Nie chcę o tym nawet myśleć! Ale przecież mu o tym nie powiem. Już kiedyś powiedziałam dwa słowa za dużo i straciłam przyjaciela. Tym razem nie zniosłabym tego. Karol jest jedynym chłopakiem na tej planecie, który czasem przychodzi do mnie o dwudziestej drugiej, mimo że na rano ma trening, i wysłuchuje moich monologów na temat życia. Nic nie musi wtedy mówić. Te chwile są same w sobie magiczne. Nie potrzebują one jego ciepłego, pełnego zrozumienia głosu. W przeciwieństwie do mnie.
-Cześć – powiedziałam. - Wchodź.
-Dzięki – Karol wszedł do mojego mieszkania. Był wyraźnie stremowany.
-Napijesz się czegoś?
-Nie, dziękuję. Możemy porozmawiać?
-Oczywiście. Coś się stało?
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole w kuchni. A między nami była jakaś niewytłumaczalna siła. Mój mózg, a raczej to, co z niego zostało po nocnych rozmyślaniach, zaczął wirować. W brzuchu mnie skręcało, a moje nogi drżały. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, a dzielące nas pół metra wydawało się odległością między jednym milimetrem a trzema takimi. Karol złapał moje ręce, które zdawały się być cieplejsze niż asfalt w Egipcie. Położył je na środku stołu i przykrył swoimi. Czułam przechodzące po mnie ciarki. Jego oczy zdawały się mówić wszystko, lecz ja wolałam to usłyszeć.
-Basia? - jego głos przerwał tą ciszę, która mówiła tak wiele, a jednak szeptała niezrozumiale.
-Słucham? - ledwie wydusiłam z siebie to dwusylabowe słowo. Moje serce zaczęło bić ponad tysiąc razy na minutę. Mój brzuch zaczął mi płatać figle i zamiast się opanować skręcał się na lewo i prawo. Mój mózg odpadał mi przy każdym jego słowie. Moje płuca przestały filtrować powietrze, które zatrzymało się gdzieś w przełyku. Moje palce, szczelnie skryte pod jego wielkimi dłońmi, zaczęły drżeć. Moje oczy zatapiały się w głębinach jego szarych tęczówek. Zaczęłam tracić czucie w nogach. Czułam się jakby moje krzesło było całe w kolcach.
-Kocham cię – teraz na mojej twarzy malował się uśmiech. Krzesło powoli stawało się wygodniejsze, serce nabierało normalnego tempa, czucie zaczynało wracać, a mój mózg powoli wracał do swoich pierwotnych rozmiarów. Poczułam, że znów oddycham.
-Ja ciebie też – teraz oboje się już uśmiechaliśmy. Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie. Jego szare oczy zdawały się błyskać jak spadające gwiazdy. On jest moją spadającą gwiazdą. Moją jedyną spadającą gwiazdą na tym świecie. Poprawka. On jest moją drogą mleczną, wszechświatem, wszystkim. Odległość między nami zmniejszała się znacznie. Z półmetrowej przepaści zrobiła się kilkumilimetrowa dróżka. Dotknęliśmy się czołami, a pode mną uginały się nogi. Robiłam się coraz bardziej miękka, kiedy poczułam jego usta na swoich. Dobra energia płynąca z jego pocałunku przenosiła się stopniowo na mnie, a ja sama nie mogłam przestać się uśmiechać. Trwaliśmy w pocałunku jeszcze przez kilkanaście sekund, kiedy Karol na chwilę odchylił głowę i znów stuknęliśmy się czołami.
-Obiecaj, że będziesz tylko moja – uśmiechnął się.
-Obiecuję – odwzajemniłam uśmiech. Raz jeszcze poczułam smak jego ust. Ta chwila należała tylko do nas, a mi momentalnie zaczęła świdrować po głowie piosenka Lady Pank – Zawsze tam gdzie Ty.
Tam gdzie ty Karolu. Zawsze tam będę.


~Karol~

Gdy wyszedłem od Ady chciałem zajrzeć do Basi, aby upewnić się czy wszystko u niej w porządku. Często przychodziłem do niej wieczorami i rozmawiałem z nią. Praktycznie nie rozmawiałem. Słuchałem tego, co miała w danej chwili do powiedzenia. Zaczynając od wczorajszego wydania „Pytanie na śniadanie”, kończąc na tematach o rodzinie, przyjaźni, przeszłości. Wiele się o niej wtedy dowiedziałem. Dobrych i złych rzeczy. Opowiadała mi o wszystkim i o wszystkich ludziach, których spotkała na swojej drodze. Z tego co mówiła, można było wywnioskować, że jej życie było bardzo barwne.
Poszedłem spać. Ale nie zasnąłem. Myślałem o tym, że chciałbym jej w końcu powiedzieć, że ją kocham. Tak, kocham. Myślałem na ten temat przez kilkanaście dni i doszedłem do tego wniosku. Kocham ją! Tylko jak jej to powiedzieć?...
Rano obudziłem się z myślą, że dziś albo nigdy. Przez cały dzień byłem bardzo zdenerwowany, ale nadszedł ten pamiętny moment. Dzisiaj (to jest piętnastego października) o godzinie siedemnastej czterdzieści trzy. Zadzwoniłem do drzwi. Przez kilka minut nie odpowiadała. Zrezygnowany chciałem odejść lecz w tej chwili ona otworzyła. Była jak zwykle piękna, mimo że nie do końca ogarnięta. Miała rozczochrane włosy i była ubrana w słodką, niebieską piżamkę. Jej małe źrenice ze zdziwienia jeszcze bardziej się pomniejszyły, a na jej policzkach spostrzegłem malutki rumieniec.
-Cześć – powiedziała swoim pięknym, karmelowym głosem. - Wejdź.
-Dzięki – tylko tyle z siebie wydusiłem. No, brawo Karol, jak tak dalej pójdzie, to jej nie powiesz. Westchnąłem niezauważalnie. Wziąłem głęboki oddech. No. Lasso w dłoń i na koń, człowieku.
Po chwili Basia spytała, czy chcę się czegoś napić. Odmówiłem i zapytałem, czy moglibyśmy porozmawiać. Zgodziła się.
Szczerze? Mógłbym patrzeć godzinami w jej małe źrenice. Dla mnie były one słodkie. Nie wiem czemu cały czas mówiła, jakie to one są beznadziejne.
-Kocham cię – powiedziałem. Widziałem, że się uśmiechnęła, a na jej twarzy pojawiły się piękne, czerwone rumieńce.
-Ja ciebie też – odpowiedziała. Tak! Tak! Tak! To co się działo w środku mnie było niewytłumaczalne. Takiej radości nie zaznałem od... nigdy? Czułem się jak szczeniaczek, którego mały chłopiec zabrał ze schroniska. Przysięgam, z ręką na sercu, że gdybym miał ogon, wachlowałbym nim całe mieszkanie ze szczęścia.

~Aleks~

Karol wparował do mojego mieszkania szybciej niż Struś Pędziwiatr. (Czy jak mu tam było)
-Stary, co się stało? - spytałem zdziwiony zachowaniem mojego przyjaciela, który zamiast mi odpowiedzieć, jak normalny człowiek, zaczął skakać po mieszkaniu jak jakiś królik.
-Kocha mnie. Rozumiesz? KOCHA!! - odpowiedział. Ada wychyliła się zza drzwi.
-Basia cię kocha? - spytała.
-Tak!
-Widzę, że jesteś wniebowzięty – uśmiechnęła się. - Widzisz, Aleks? Mówiłam ci, że dzisiaj jej powie! A teraz oddawaj moją dwulitrową Colę.
-Założyliście się o to? - spytał Karol.
-Tak. I ja wygrałam dwulitrową Colę – uśmiechnęła się Ada.
-No dobra, niech ci będzie. Biegnę do sklepu – powiedziałem.
-A gdzie jest teraz Basia? - spytała Karola.
-U siebie. Umówiliśmy się dzisiaj na dwudziestą.
-Super. Pewnie nie możesz się doczekać – powiedziałem.
-Aleks! - skarciła mnie Ada.
-Co?
-Przecież to logiczne, po co się pytasz?
-Żeby nie było, że się nie pytałem.
-A. Chyba, że tak. A teraz biegnij po Colę. I jakąś melisę, bo Karol chyba nie wytrzyma w jednym miejscu do dziewiętnastej. Czyli jeszcze przez jakieś – spojrzała na zegarek. - Dwie godziny.
-Oj, to muszę koniecznie kupić melisę. Razy dwa. Będę mu ją aplikował cały czas – powiedziałem do Ady, jednak patrząc na Karola. Już dawno nie widziałem mojego przyjaciela tak szczęśliwego. Cieszyłem się jego szczęściem. Ada się uśmiechnęła.
-No, już biegnij – powiedziała, a ja wybiegłem z domu do sklepu.

Kochanie ciebie było jak miód w karmelu lecz wtedy ty to odwzajemniłeś i dodałeś do tej mikstury jeszcze trochę cukru. 

Hej!
Miałam dodać ten rozdział jutro, ale nie mogłam wytrzymać.
Mam nadzieję, że się Wam podoba.
Nie wiem czy się tego spodziewaliście, czy nie, ale 
mam nadzieję, że choć odrobinę Was zaskoczyłam. ;)
Następny post jakoś we wtorek lub środę.
Btw. Teraz dopiero to zauważyłam. " Nie mogę znieść myśli, że pewnego dnia obudzę się z myślą, że nigdy go już nie spotkam. Nie chcę o tym nawet myśleć!" takie masło maślane. ;)
Nie szkodzi. 
Pozdrowienia,
Just me. 
 

piątek, 8 marca 2013

Rozdział 8

Następne kilka tygodni minęło bardzo spokojnie. Powiedziałabym nawet, że aż za spokojnie. Spędziłam dużo czasu z Martą, Basią i Alkiem. Byłam kilka razy na treningach, a chłopaki pokazywali mi, jak się gra. No, z takimi nauczycielami bardzo trudno się uczyć. Jak widzą, że ktoś (taki jak ja) tak strasznie kaleczy ich ukochany sport, to odechciewa im się uczyć. Coś w tym jest. Ale nie powiem, nauczyłam się w końcu grać. Jest w tym duuuża zasługa Alka, Kłosa i Zatorskiego oraz Cupka, bo ci zawsze mieli do mnie cierpliwość. Szczerze mówiąc podziwiam ich. Wytrzymywać z kimś takim jak ja to nie lada wyzwanie. Nie dość, że jestem okropną gadułą, to jeszcze jak zacznę się śmiać, nie przechodzi mi przez pół godziny. W związku z tymczasem na sali zostawaliśmy kilka godzin. Chłopcy nie mieli nic przeciwko, bo najwyraźniej mnie polubili. Tak samo moje przyjaciółki. Myślą, że nie widzę. Ale ja widzę wszystko! Widzę, jak się Kłos zachowuje się przed Basią, albo Zator przed Martą. Ha! Jeszcze tak ślepa to ja nie jestem. Chociaż, jak będę dalej siedzieć po nocach na Facebooku, to chyba oślepnę w zupełności.
Ewidentnie muszę zacząć się uczyć, bo niedługo mam zaliczenia. Tyle nauki, ja pierniczę. Odechciewa się człowiekowi żyć. Ale jak tylko włączę kanał sportowy, gdzie czasem pokazują zawody pływackie, od razu nabieram poweru. Szkoda, że ja tak nie mogę. Ale cóż. Zamknęłam ten rozdział i nie wrócę do niego.
Westchnęłam i poszłam do kuchni. Napiłam się wody i popatrzyłam przez okno. U mnie w domu nigdy nie było soków. Żadnych kolorowych, owocowych płynów. Nic. Kompletna pustka, jeśli o to chodzi. U mnie zawsze była tolerowana tylko woda. Pamiętam, że czasem jak na treningi kupowałam sobie Powerade czy coś w tym guście, zawsze było o to zwarcie. 'Tyle w tym barwników i konserwantów bla bla bla' cytowałam moją mamę. Ta zawsze dbała o linię i się odchudzała pod pretekstem tego, że jest 'gruba'. Według mnie (i reszty świata) była jest i będzie chuda, więc nigdy nie rozumiałam diet, które stosowała. Ja nigdy nie szłam w jej ślady. Powiem wręcz, że jakby na złość, jadłam wszystko razy dwa. Jednak ze względu na przyspieszony metabolizm i to, że codziennie miałam treningi, spalałam te kalorie i moje przyjaciółki zawsze mi mówiły (i mówią), że jestem anorektyczką. Jak im, kurczę, wytłumaczyć, że ja po prostu nie tyję?
Patrząc przez okno rozmyślałam.
Co by było, gdybym nigdy nie poznała moich przyjaciółek? Byłabym zdecydowanie innym człowiekiem. Lepszym, gorszym – trudno osądzić. Wiem, że dzięki nim zaszłam tak daleko w pływaniu. Kiedyś interesowała się mną jeszcze moja rodzina. A potem mój brat poszedł do szkoły i … wszystko się spieprzyło. Gdy on był w trzeciej, czwartej klasie, ja wyjechałam na studia. I wtedy nasze kontakty, niczym magiczna nić, się zerwały. Marta i Basia były zawsze ze mną. W złych i dobrych chwilach. Na każdych zawodach. Czasem nawet jak kolidowało im to z ważnymi testami. To się nazywa poświęcenie.
Co by było gdybym nigdy nie poznała Daniela? Nie wiem. Inaczej bym sobie wtedy ułożyła życie. Może nawet bym poszła na inny kierunek studiów? Daniel był zawsze ze mną. Kiedy się mi oświadczył, myślałam, że jestem najszczęśliwszą osobą we wszechświecie. I byłam. Nie jestem, ale to nie znaczy, że nie byłam. Nie mogę powiedzieć, że wszystko co z nim związane jest złe. Przeżyłam z nim wiele przyjemnych chwil, spotkań, dni. Myślałam, że znałam go w 100 procentach. No. Teraz nie byłabym taka pewna. Jednak uważam, że ta sytuacja mnie czegoś nauczyła. Wiem, że muszę zachować dystans do ludzi, których znam. Nie licząc oczywiście moich przyjaciółek. No, bo proszę was, znam je od przedszkola, jak mogłyby mi skłamać w sprawie takiej miary?
Zadawałam sobie jeszcze jedno pytanie.
Co by było gdybym nie poznała Alka? No tak. Nie umiałabym teraz grać w siatkę, co od zawsze było moim marzeniem. Ale chyba nie tylko o to chodzi. Gdybym go nie poznała, z pewnością siedziałabym teraz przed telewizorem, pijąc wodę i oglądając niemieckie romansidła. Narzekałabym, jaki to świat jest okropny i jak bardzo nie ma sensu. Nie uczyłabym się do zaliczeń. Nie przeszłabym na następny rok. Nie wychodziłabym z domu i w końcu umarła z głodu, bo nie chciałoby mi się iść do sklepu. Tak. Życie było by bardziej nudne.
Na mojej twarzy pojawił się znikomy uśmiech. Od 'zerwania' z Danielem (a raczej wywalenia go na zbity pysk) minął prawie miesiąc, a ja nadal nie ściągnęłam pierścionka zaręczynowego. Postanowiłam to uczynić. Ściągnęłam pierścionek i przypatrzyłam się mu. Miał z tyłu wygrawerowane „A&D – love forever”. Uśmiechnęłam się mimo woli. A&D. Tak nas zawsze nazywali.
Usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiłam się. Przywykłam do tego, że ludzie po prostu dzwonią.
-Cześć – usłyszałam.
-Cześć – odpowiedziałam. - Karol co ty tu robisz?
-Musimy porozmawiać.
-Dobra, to usiądź. Nie pali się chyba, nie?
-Nie. Nie pali.
-Chcesz coś do picia?
-Nie dziękuję.
-No to mów, co jest?
-No więc. Ten no tego – zaczął się jąkać. - No bo ja ten tego.
-Karol ty ten tego co?
-No bo ja
-Co ty?
-Ja
-Ty?
-No bo. Wszystkie moje piłki ostatnio albo trafiają w siatkę, albo wylatują na aut. Nie mogę się w ogóle skoncentrować, wszystko mi się miota. Jedyne co mam w głowie to burdel. Ja się zaraz wykończę psychicznie. Ostatnio na treningu nie myślałem o niczym. Po prostu ot tak sobie. Okropnie się z tym czuję. To ogarnia moje wnętrzności, mój mózg, mój umysł, moje nogi, kurna wszystko! Ja tak dalej nie pociągnę! - powiedział na jednym oddechu.
Uśmiechnęłam się. Chyba wiedziałam o co mu chodzi.
-To dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Dlaczego nie pogadasz z chłopakami?
-No bo Aleks mówił, że ty umiesz słuchać. Oni nie umieją.
-Na pewno daliby radę. Jesteś ich przyjacielem.
-Twoim też.
-A to też racja – oparłam się na oknie. - Karol?
-Tak?
-A ty się przypadkiem nie zakochałeś?
-Ja?
-Ty.
-Może - Ha!!! Wiedziałam, że o to chodzi. Eureka!
-No to idź jej to powiedzieć. Ale tylko pod warunkiem, że jesteś pewien. Inaczej ją zranisz.
-To może ja jeszcze zaczekam?
-Zaczekaj, jeśli uważasz to za dobre rozwiązanie.
-Ale nikomu nie mów.
-Buzia na kłódkę. Ta rozmowa się nigdy nie odbyła.
-W porządku. To ja już pójdę. Pa!
-Cześć!
Zamknęłam drzwi. Uśmiechnęłam się. Dziwne najście, bo dziwne, ale jakie miłe. I pomyśleć, że wiem, kim jest ta szczęściara. Włączyłam muzykę. Nucąc sobie swoją ulubioną piosenkę ( Kiss it goodbye - Nickelback) zaczęłam parzyć kawę. Nalałam sobie ciepłego napoju i wyszłam z domu. Rozkoszowałam się kawą oraz ciepłym słońcem, gdy nagle ktoś zasłonił mi światło.
-Hej, przepraszam, czy mógłby się pan troszkę przesunąć? Chciałam się poopalać?
-Widzę, że pięknie znosisz nasze rozstanie, słońce – podniosłam głowę i zobaczyłam Daniela. Kurde! Myślałam, że tego mam już za sobą.
-Daniel, idź sobie. Nie potrzebuję cię. Spadaj z mojego życia.
-Nie chcesz, żebym spadał.
-Kurde, Daniel – wstałam rozlewając odrobinę kawy na swoją białą, długą spódnicę. - Nie denerwuj mnie! Nie powinieneś być teraz z Gabrielą? I małym Adasiem. Wiesz co? Jak będziesz się z nim widział, to powiedz, że mu serdecznie współczuję, że ma takiego ojca. Chyba dobrze, że go nawet nie zna! - Daniel przyciągnął mnie do siebie i złapał za nadgarstki z całej siły.
-Nie pozwolę ci odejść z mojego życia ot tak.
-No cóż. Pozwoliłeś. A teraz się ode mnie odczep.
-Ada, wiem, że mnie chcesz.
-Debilu, czy do ciebie nie dociera, że cię nienawidzę? Że to, co mi zrobiłeś jest niewybaczalne? Że zniszczyłeś moje życie, a teraz się tak nagle pojawiasz i myślisz, że rzucę ci się w ramiona? Jesteś śmieszny wiesz? Nie chcę cię znać. Wypierdzielaj z mojego życia raz na zawsze i nigdy nie wracaj. Idź do Gabrieli, nie zdziwię się jeśli nie będzie cię chciała. Była z tobą w ciąży, urodziła ci dziecko, a ciebie tam nie było. Ty byłeś tu i nie wziąłeś nawet rozwodu. Nie jestem dzieckiem z rozbitej rodziny, więc nie wiem jak to jest. I nie chciałabym, żeby jakiekolwiek dziecko o tym wiedziało. Twój Adaś już wie. I ty mu zniszczyłeś psychikę. Ty! - wydarłam się na niego. Puścił moje nadgarstki. - Masz stąd odejść jasne? Nie wracaj tu już nigdy, Nie chcę widzieć twojej twarzy już nigdy więcej.
Daniel zabrał swoją torbę i się zmył. Ale to nie ja go wystraszyłam swoim kazaniem. Odwróciłam się i zobaczyłam Alka. Stał i patrzył z niedowierzaniem na całą scenkę. Podszedł do mnie i mnie przytulił, a ja rozpłakałam się. Nie chciałam znać tego pieprzonego Daniela, ale odgrywał ważną rolę w moim życiu i nie powiem, był dla mnie zawsze kimś więcej niż przyjacielem. Płakałam, bo nie wiedziałam co zrobić. Z jednej strony cieszyć się szczęściem jednej z moich przyjaciółek, wybranki Kłosa, z drugiej strony płakać nad Danielem.
-Dzięki, Alek. Ja przepraszam, że musiałeś to oglądać. Dziękuję, że byłeś gdzieś w pobliżu. Nie wiem, co by było gdyby nie ty i to twoje piorunujące spojrzenie.
Uśmiechnął się i w odpowiedzi przytulił mnie jeszcze mocniej. Dobrze jest mieć przy boku kogoś takiego jak on.
-Nie ma za co. A teraz chodź. Idziemy do McDonalda.
-Po co?
-Utopisz swoje smutki w Coca-Coli.
-Dobrze – uśmiechnęłam się i poszłam razem z nim w stronę świecącego bilbordu.
-Co on tu właściwie robił? - zapytał, gdy już siedzieliśmy przy stoliku.
-Nie wiem. Może Gabriela go nie chciała i go wywaliła na bruk, a ten pomyślał „Ta głupia Ada pewnie się na mnie rzuci, przecież mnie tak bardzo kocha. Ha. Ha. Ha. I będzie jak dawniej”. Debil. Współczuję tej dziewczynie, że musiała go kiedykolwiek poznać.
-Gabriela to?
-Jego żona.
-Aha.
-Kiedyś myślałam, że jest inny. Troskliwy, opiekuńczy, pełen szacunku do moich rodziców. Ale teraz. Teraz to ja już nawet nie wiem, co mam o tym myśleć – mówiłam obracając kubek z Coca-Colą dookoła. - Z jednej strony nie chcę go już nigdy widzieć, ale z drugiej trudno ot tak po prostu zapomnieć. Jeszcze długo się pewnie nie pozbieram.
Popatrzyłam na Aleksa. Cały czas mnie słuchał. Nie patrzył na nikogo innego. Tylko na mnie. Patrzył i mnie słuchał. Ta, a Karol mówił, że to ja potrafię słuchać.
-Aleks?
-Tak?
-To dzięki tobie jeszcze nie zrzuciłam się z mostu - uśmiechnęłam się. - Dziękuję.
-Nie zrzuciłabyś się. Za bardzo cenisz sobie życie. Ale wiem, o co ci chodzi – uśmiechnął się.
Trwaliśmy w takim uśmiechu jeszcze przez kilka minut, kiedy nagle usłyszałam czyjś oddech za sobą.
-Jeszcze zobaczysz, słońce. Jeszcze zobaczysz!

Życie pisze twój scenariusz, ale to ty decydujesz kto w nim zagra, jaką rolę. 


Witam!
Chciałam dodać ten rozdział wczoraj, ale musiałam go dokończyć.
Nie jest najlepszy, ale no cóż, jak to wspomniałam 
we wcześniejszym opisie - nie wiem, jak to teraz opisać.
Hmm, jeszcze coś wymyślę. Muszę się z tym przespać. 
Cieszę się, że nie chcecie się jeszcze rozstawać
z tym blogiem, bo nie mam zamiaru go ot tak zakończyć ;) 
Będzie zaskakująco ^^
Pozdrawiam
Just me 

 

wtorek, 5 marca 2013

Rozdział 7

Godzina 9:58. Super. Mam jeszcze dwie minuty na zdrzemnięcie się. Jestem strasznie niewyspana. Cóż, tak to już jest, jak się idzie spać po drugiej. No, ale facebook mnie wzywał! Chyba lepiej by było dla mojego zdrowia psychicznego, żebym usunęła konto. Hahahah, dobry żart. Ja mam usunąć konto na facebook'u? Za ten suchar dam ci puchar, Ada. Wybuchnęłam niepohamowaną falą śmiechu. Tylko co mnie tak śmieszyło? Naprawdę, muszę się wybrać do poradni psychologicznej. Ale tam też mi raczej nie pomogą.
Wygramoliłam się z łóżka i zaparzyłam kawę. Nie ma to jak pyszna kawa o poranku.
Poszłam pod prysznic i ubrałam się w krótkie spodenki oraz biały t-shirt. Wypiłam kawę i wyszłam z domu. Park miałam dosyć blisko, więc szłam wolnym krokiem. Patrzyłam na zakochane pary trzymające się za ręce i momentalnie znienawidziłam je. Publiczne okazywanie czułości? Bez przesady. Pomyśleć, że jeszcze niedawno, siedziałam na ławce, ogrzewana promieniami słońca w objęciach Daniela. Wtedy on przytulał mnie mocniej, a ja czułam, że moje życie może być w końcu piękne. Cóż, szkoda, że życie jest tak naprawdę zdzirą.
Weszłam na boisko. Była za piętnaście jedenasta, więc Alka jeszcze nie było. Usiadłam na gorącym betonie i zaczęłam myśleć.
Przed moimi oczami otworzył się album ze zdjęciami. Byłam na nich ja, jeszcze jako brunetka, ściskająca mojego, wtedy siedmioletniego, brata. Albo Daniel razem ze mną i moimi przyjaciółkami w Pizza Hut. Albo cała moja rodzina siedząca przy stole w czasie mojej komunii. Nawet znalazłam zdjęcie mojej cioci, jedynej kochającej mnie cioci, kiedy jeszcze żyła. Łza potoczyła się po moim bladym policzku, jednak ze względu na grzejące mnie słońce szybko zaschła. Tęskniłam za ciocią Mariolą. Była kochana. Zawsze.
Nagle usłyszałam trzask gałązki za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam Aleksa.
-Cześć – przywitał się.
-Siema – odpowiedziałam.
-Coś się stało? - spytał wskazując łzę na moim policzku.
-Nie, to po prostu wspomnienia.
-Czemu żyjesz wspomnieniami?
-Bo tylko to mi zostało? - spytałam po czym wyrwałam mu piłkę i pobiegłam na drugi koniec boiska.
-Zaserwuj! - krzyknął do mnie.
-Spoko.
Zaserwowałam piłkę najmocniej jak tylko potrafiłam.
-Ała! - krzyknął Aleks i złapał się za głowę. Nie mogłam przestać się śmiać. Usiadłam, bo ze śmiechu zaczął mnie boleć brzuch. Nie wiem czemu, przecież to nie było śmieszne. Tak jak mówiłam wcześniej, muszę się wybrać do jakiejś poradni. I to migiem!
-Przepraszam – krzyknęłam jeszcze i spróbowałam wstać. Jednak gdy się śmiejesz, trudno ci wstać nie upadając.
-No bardzo śmieszne – powiedział Aleks z uśmiechem na ustach. Podszedł do mnie i pomógł mi wstać.
-Dzięki za podniesienie mnie.
-Spoko.
-Ale przyznaj. To było śmieszne.
-Nie, nie było.
-Było.
-Nie!
Zaczęliśmy się kłócić jak pięciolatki o to, kto jaki ma wybrać rodzaj lizaka. Swoją drogą, ja zawsze brałam truskawkowe.
-Dobra, przestańmy się zachowywać jak przedszkolaki – przerwałam wojnę.
-Ok. Pokaż mi co umiesz.
-Mówiłam ci przecież, że nie umiem grać, tak?
-No to trudno – westchnął. - Gramy jeden na jeden.
-Ta, dzięki, że dajesz mi jakieś szanse – powiedziałam sarkastycznie.
-Proszę bardzo – uśmiechnął się.
Zaczęliśmy grać. Nie muszę chyba mówić, że szło mi okropnie, i że w dwóch setach zdobyłam może dwa punkty. A zdobyłam je tylko dlatego, że Aleks wybił serw na aut. Tak. Ewidentnie muszę się za siebie wziąć.
Po przegranym meczu Alek pokazał mi to i owo. Nauczył mnie serwować tak, abym nie trafiała w ludzi, atakować oraz blokować. Można powiedzieć, że nauczył mnie grać.
Zajęło mu to dwie godziny. Krótko, długo – sama nie wiem. Dla mnie te dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Po „treningu” poszliśmy do mnie, żeby się odświeżyć i coś zjeść. Około godziny 14:30 zabraliśmy Martę oraz Basię i wyszliśmy z domu.
Nigdy nie byłam na meczu, co dopiero na treningu Skry. Aleks przeprowadził nas przez główne wejście. Wow, ta hala naprawdę robi wrażenie.
-Trenerze, to są moje koleżanki. Mogą dzisiaj zostać? - spytał Alek.
-Jak mi tak będziecie przyprowadzać wszystkich na treningi to chyba oszaleję – powiedział trener Nawrocki. - Ale dobrze, niech zostaną.
-Dziękuję trenerze – uśmiechnął się Aleks i poszedł zapoznać nas z innymi. Kurde, niech mnie ktoś uszczypnie. Właśnie stoję przed szatnią siatkarzy. O matulu. Zginę.
-Siema, chłopaki! -przywitał się Aleks z kolegami z drużyny. - Oto moje koleżanki: Ada, Basia oraz Marta.
-Cześć! - odpowiedzieli zgodnym chórem. Tak, ja ewidentnie śnię.
-Przyjmijcie je ciepło – uśmiechnął się.
Po chwili znałam już całą Skrę. Jeśli to jest sen, to ja nie chcę się budzić. Nigdy, przenigdy.
Chłopaki poszli na boisko, a my zaraz po nich. Wymieniłyśmy między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Uśmiechnęłam się. Jak dobrze jest się czasem oderwać od życia codziennego i pomarzyć. Jednak lepiej jest wiedzieć, że to, co wydaje się nam snem, jest rzeczywistością.
Siedząc na trybunach patrzyłam na moje przyjaciółki grają ze składem Skry. Kurde. Też bym tak chciała. Ale cóż, wolę się nie zbłaźnić. Jakbyśmy byli na basenie, och, to by było coś. Swoją drogą, ciekawe jak pływają. Trzeba będzie ich kiedyś zabrać na basen i dać porządny wycisk. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Pamiętam, gdy po raz pierwszy weszłam do wody. Miałam wtedy może cztery, pięć lat. Nienawidziłam poniedziałków i czwartków, bo wtedy miałam zajęcia z pływania. Zawsze wychodziłam wcześniej, pod pretekstem bolącej nogi czy czegoś w tym guście.
Ale jedna wymówka naprawdę mi się udała. Rano, gdy wychodziłam do przedszkola, otarłam się o włączone żelazko. W ogóle mnie nie bolało ani nic, no bo przecież to nic takiego, ale gdy byłam na basenie i zostało jakoś 20 minut do końca zajęć, rozpłakałam się sztucznie. Mój instruktor to jednak kupił i zapytał co się stało.
-Bo ja się rano oparzyłam żelazkiem..... i teraz mnie boli! - mówiłam przez łzy. Teraz wiem, że to była woda. Pomyśleć, że byłam przebiegła już jako sześciolatka.
-Dobrze, już nie płacz. Idź sobie do szatni, wytrzyj się, wysusz włoski. Wszystko będzie dobrze – odpowiedział pan Adam.
No i poszłam. Ha! Jaka to ja byłam mądra w przedszkolu. Szkoda, że nic mi z tej mądrości nie pozostało.
-Ada, idziesz? - usłyszałam głos Basi. - Teraz gramy już ostatni mecz. Chodź!
-Nie, po co?
-Żeby zagrać?
-Ale ja nie umiem grać.
-Umiesz, umiesz- powiedział Aleks i kazał mi przyjść na boisko. A niech stracę. Co mi tam?
-Dobra, no to gramy! - krzyknęłam, a po chwili mój serw zawisnął w powietrzu. Tak! Udało mi się przeserwować. Nie no, ja to po prostu jest mistrzem.
-Jeszcze jeden as – uśmiechnął się do mnie Aleks, gdy po raz czwarty zdobyłam punkt asem serwisowym. Nie muszę chyba mówić, że chłopcy dawali mi fory. To jest logiczne.
Skra nie dała by mi rady? Ta, na tyle nierealnych marzeń to ja nie mam.
Graliśmy jeszcze przez pół godziny, po czym wszyscy poszliśmy do Pizzerii.
-Nie powinniście jeść fast food'u – powiedziałam.
-No to weźmiemy sałatki – zaoferował się Zatorski.
-Tak. Już to widzę – powiedziałam wskazując na Cupka, oblizującego się na widok pysznej pizzy.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

Bajki. Doliny. Szczyty. Wszystko jest w życiu. Szczęście też.

Hej!
Ten rozdział jest dosyć krótki, ale to ze względu
na to, że kompletnie nie mam weny ani nic.'
Znam już zakończenie. Trzy ostatnie rozdziały + epilog
ale nie wiem, jak to teraz potoczyć.
Ech, no cóż. Trzeba było to napisać wcześniej.
Pozdrowienia

sobota, 2 marca 2013

Liebster Award

Zostałam nominowana przez volley.
Zasady są ogólnie znane, ale oto one :

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Dziękuję za nominację, choć na nią nie zasłużyłam. 

Pytania: 
1. Ile masz lat?
W tym roku skończyłam 13. Dokładniej w lutym.

2.Gdzie chciałabyś zamieszkać w przyszłości?
Cóż, nie jestem pewna, co do swojej przyszłości bo (patrz punkt 1) jestem dosyć młoda ;) Jednak myślę, że gdzieś za granicą albo w Łodzi, gdzie chcę studiować.

3.Wymarzony zawód?
Chciałabym pójść na medycynę, a dokładniej zrobić internistę, potem specjalizację sportową, a gdy już będę lekarzem jakiegoś siatkarskiego lub pływackiego klubu, zrobię dodatkowy kurs na dietetyka. Szerokie plany. ;)

4. Żałujesz czegoś?
Tak. Żałuję tego, że gdy pewne osoby potrzebowały mnie, ja im nie pomogłam, a teraz jest już za późno. Żałuję, że nie byłam przy niektórych ludziach, po których zostały mi już tylko wspomnienia. 

5. Twój sms od Boga?
Chyba nie za bardzo rozumiem o co ci chodzi. Jeśli mam rozumieć "sms" jako "ostrzeżenie" to nie wiem. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Może dlatego, że nie wierzę. 

6. Morze czy góry?
Jako, że mieszkam gór i ich mam już po dziurki w nosie, wybieram morze. ;)


7. Ulubiony sport?
Pływanie, definitywnie i nieodwołalnie. Ale interesuję sie też innymi sportami jak np. siatkówka. 

8. Mecz czy restauracja?
Hmmm, to zależy od tego, z kim bym była i kto by grał oczywiście ;)

9. Co cię napędza do działania?
Przyjaciółki. Ewentualnie mój brat. ;) 

10. Chciałabyś mieć męża sportowca?
Nie. Wiem jak to być sportowcem, bo sama można powiedzieć nim jestem, i wiem jaki to jest wysiłek. Czasem po treningu jedyne co robię to idę spać. Nie jestem w stanie sklecić nawet jednego zdania. Wiem też, że gdybym miała takiego męża nie mogłabym sobie pozwolić na "grille", "drinkowanie" itp w jego obecności, bo co jak co, ale sportowcom nie wypada pić ;) Po prostu wiem, jakie to by było wyrzeczenie dla niego, a ja bym też za długo nie wytrzymała. No, ale wiadomo. Miłości się nie da oszukać ;)

11. Ulubiony owoc?
Banan.


NOMINUJĘ:
justberry 
Lila Witkowska 
Erin Corleone 
Winiarowa 
Daydreamer 
Jenny79513 

Nie znalazłam nawet jedenastu. Kurde.

MOJE PYTANIA DO WAS 

1. Gdybyś wiedziała, że dziś jest twój ostatni dzień, co byś zrobiła?
2. Jakie są twoje plany na przyszłość?
3. Gdyby istniał wehikuł czasu, gdzie byś się wybrała: w przyszłość, czy w przeszłość?
4. Jaka jest twoja ulubiona pora roku?
5. Czy zrobiłaś kiedyś coś, co będzie (lub ma) odzwierciedlenie w przyszłości ( lub teraz)
6. Czy miałaś kiedyś coś złamanego?
7. Jaki jest twój ulubiony serial?
8. Jaki jest twój ulubiony owoc?
9. Czy cofnęłabyś czas, żeby coś naprawić?
10. Miłość vs. Przyjaźń?
11. Jak ma na imię twój przyjaciel - przyjaciółka?

Raz jeszcze dziękuję za nominację. 
I zapraszam na nowy rozdział już wkrótce ;) 

Rozdział 6


~Aleks~

Wróciłem do swojego mieszkania i zabrałem swoje rzeczy. Najwidoczniej Amelia gdzieś poszła, bo nie było jej w środku. Pospiesznie spakowałem torbę i wybiegłem z budynku. Spacerkiem szedłem do Cupka. To on miał mi użyczyć metr kwadratowy podłogi. Po kilkunastu minutach dotarłem na miejsce. Zapukałem do drzwi.
-Otwarte!
-Cześć, Cupko – uśmiechnąłem się.
-Cześć stary. Możesz mi wyjaśnić dlaczego nie było cię wczoraj na treningu?
-A tak jakoś.
-Kurde, Nawrocki prawie że wyszedł z siebie.
-Przykro mi.
-Coś się stało?
-Amelia ze mną zerwała – powiedziałem.
-Nie gadaj! Zawsze wiedziałem, że jest głupia. I co później ze sobą zrobiłeś? Słuchałeś dołujących piosenek i jadłeś lody truskawkowo – miętowe? - spytał.
-Cupko, ile razy mam ci tłumaczyć, że to są twoje ulubione lody, nie moje? - uśmiechnąłem się. Szturchnąłem go w bok i odłożyłem torbę do przedpokoju.
-Wychodzisz? - spytał mnie Cupko.
-Tak, idę się przejść. Chcesz iść ze mną?
-Nie, dzięki. Dawno mnie nie było na twitterze, wiesz obowiązki przede wszystkim – uśmiechnął się.
-Spoko, rozumiem. To pa! - krzyknąłem schodząc już na dół.

Szedłem wzdłuż chodnika prowadzącego aż do końca ulicy. Włączyłem szare komórki i zacząłem myśleć. Amelia. Tak, to główny powód moich rozmyślań. Dziwne, że w ogóle chcę utrzymać z nią kontakt. Chociażby taki „telepatyczny”.
Jezu. A zawsze myślałem, że jestem silny. Przynajmniej chciałem stwarzać takie wrażenie. Ludzie nie muszą widzieć, że tak naprawdę jestem kimś innym.

Jedno jest pewne. Człowiek ma trzy osobowości : prawdziwą, fałszywą i tzw. 50/50.
Tylko komu jaką pokazuję?

Siatkówka to moje życie, pasja, póki co, jedyna miłość. W dodatku sposób na wyżycie się. I jak to zwykł mówić Cupko : „Gdy ci smutno, gdy cy źle, idź se zagraj, wyżyj się”. Uśmiechnąłem się. Co jak co, ale przyjaciela mam genialnego.

~Ada~

Miałam zamiar się położyć spać. Jak takie małe dziecko. Spać po południu. Kto to widział?
Leżąc na łóżku w mojej słodkiej piżamce w krówki rozmyślałam nad powstaniem wszechświata, co zwykłam czynić od czasów podstawówki, gdy zamiast piąć się po bluszczu, spadałam w dół. Zaczęłam sobie wspominać. Jakie życie było piękne, kiedy w piątej klasie jechaliśmy na Zieloną Szkołę. Pamiętam. Siedziałam wtedy na samym końcu autokaru i przez bite dziesięć godzin wraz z przyjaciółmi śpiewałam piosenki. Jakie życie było piękne, kiedy moim największym zmartwieniem było to czy ktoś skomentował mój post na facebooku. Jakie życie było piękne, kiedy zamiast kuć do zaliczeń, siedziałam i kleiłam graniastosłupy na matematykę.
Jak ja bym chciała cofnąć czas. Nie dlatego, dlaczego większość by chciała, nie żałuję niczego, co zrobiłam w życiu, tylko po to, by poczuć jeszcze choć przez chwilę zapach babcinych ciasteczek pieczonych co roku na święta, pobawić się w piaskownicy, uczyć się literek w przedszkolu i grać w „Simon Says” na angielskim w podstawówce. To przykre, że zostały mi tylko wspomnienia. Chociaż jakby popatrzeć na moje dzieciństwo z innej perspektywy, nie było ono w stu procentach beztroskie. Podczas gdy inne dzieci bawiły się z rówieśnikami, ja pływałam. Kiedy moi znajomi się spotykali w kinie, ja nie mogłam iść, bo albo miałam trening, albo byłam padnięta po treningu. Całe życie poświęciłam pływaniu, ale przeforsowałam i masz babo placek. Nawet w najgorszych koszmarach nie śniło mi się, że będę miała taką kontuzję, i że mój narzeczony będzie miał żonę. Phi, nie myślałam, że to w ogóle jest możliwe. No bo jak się kocha jakąś osobę, to się kocha tylko ją bezgranicznie i na zawsze. Widać Daniel mnie nie kochał. A ja tu kurde, za nim tęsknię.
Wybiła siedemnasta.
Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek. „Prędzej z nim się pobiorę niż z tym nieszczęsnym Danielem” pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się dwumetrowy facet, którego znałam. W tej chwili właśnie zaczęłam przeklinać siebie samą, że wybrałam sobie do spania różowo – różową piżamkę w krówki. Ale cóż. Przynajmniej była cieplutka. Tylko od kiedy jest zimno w środku lata?
-Cześć. Przepraszam za najście – usłyszałam donośny, męski głos. - Nie przeszkadzam?
-Nie. Właśnie leżałam i wspominałam. Wchodź – zaprosiłam go ruchem ręki.
-Dzięki – wyszeptał, bo przypomniało mu się, co mówiłam o dziękowaniu mi za cokolwiek.
-No więc, co cię sprowadza w moje skromne progi? - spytałam. - Pyszna herbata malinowa czy może chęć wyżalenia się?
-Obie rzeczy – odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Kurde, jakie on ma białe zęby. Musze go chyba zapytać jakiej pasty używa.
-Dobra, to ja zaparzę herbatę, a ty usadź się na kanapie i na mnie czekaj.
-Nie chcesz pomocy?
-Nie, dzięki. Poradzę sobie.
Weszłam do kuchni i nalałam do czajnika wodę. Kiedy ona się zagotowywała, ja przyrządzałam kanapki. Co jak co, ale taki wielki gościu na 100 procent jest głodny jak wilk. Po kilku minutach spędzonych w tym małym pomieszczonku wyszłam i zaniosłam dzbanek z herbatą oraz talerz pełen kanapek do salonu, gdzie umiejscowił się Aleks.
Widziałam jak mierzył wzrokiem kanapki. Zaśmiałam się.
-Weź sobie, przecież dla ciebie je zrobiłam – na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Kto by pomyślał, że Aleks jest tak głodny. No tak. Ja pomyślałam.
-Smacznego – rzuciłam jeszcze po czym włączyłam Romance Tv i zaczęłam pić herbatę.
-Naprawdę chcesz to oglądać? - spytał Aleks po przegryzieniu kanapki.
-A co nie lubisz niemieckich filmów miłosnych? - spytałam. Kogo ja oszukuję. Tylko jedna osoba je lubi. I jestem nią ja. Podałam Aleksowi pilota. - Wybierz co chcesz.
Alek przeglądał moje programy podczas gdy ja starałam się upić herbatę, bo nalałam jej sobie po „poznańsku” i teraz mi się wylewała.
Ku mojemu zdziwieniu Aleks wyłączył telewizor i utkwił wzrok w ścianę.
-Aleks, chcesz pogadać? - spytałam.
-Może trochę – powiedział.
-No to zacznij nawijać.
-No bo ja tego po prostu nie rozumiem – nie patrzył na mnie tylko dalej na ścianę.
-Czego? Tego, że Amelia cię zostawiła?
-Tak.
-Daj sobie z nią spokój, nie zasługuje na ciebie. Nie umiała cie docenić i teraz ty masz cierpieć? Proszę cię. Zajmij się teraz treningami, niedługo będzie Plus Liga, z tego co się orientuję. Nie daj jej się wybić z rytmu.
-Tak myślisz?
-Aleks, już ci raz powiedziałam, że jak się coś mówi to jest się tego pewnym, prawda? Ja nie kłamię.
-Dzięki.
-Spoko. Coś jeszcze cię dręczy?
-Nic.
-Na pewno?
-Tak.
-To wcinaj kanapki – uśmiechnęłam się, - Jedzenie zawsze pomaga.
-Dzięki – odwzajemnił mój uśmiech.
-Chciałabyś iść na trening? - zapytał chwilę potem.
-Jaki trening? Przecież mówiłam ci, że jestem kontuzjowana i nie mogę pływać.
-Siatkarski trening! - zaśmiał się.
-A, przepraszam. Zawsze, jak ktoś mówi „trening” to jedyne o czym myślę, to pływanie.
-Spokojnie. To chciałabyś?
-Jasne. Ale po co?
-No nie wiem, chcę zobaczyć jak grasz i w ogóle.
-Ja? Grać? W siatkówkę? - zaśmiałam się szczerze. Ostatni raz grałam w siatkówkę w podstawówce. Kiedy to było!
-No tak, jest jakiś problem?
-Nie umiem grać w siatkówkę.
-To cię nauczę! - zaoferował się Aleks.
-Serio? Zrobiłbyś to dla mnie?
-Bez problemu.
-Dziękuję.
-Trening jest na 15, więc może się spotkamy o 11 na boisku koło parku?
-Jasne.
-A potem pójdziesz ze mną na trening.
-Ja?
-No ty.
-A mogę wziąć moje przyjaciółki? Z nimi przynajmniej pogracie, a nie to, co ze mną.
-Jasne, weź je.
-Super. Chodź, powiesz im to. Mi nie uwierzą – uśmiechnęłam się.
Wstaliśmy i poszliśmy do mieszkania obok. Marta od razu otworzyła.
-Cześć – powiedziała.
-O hej – przywitała się Basia.
-Cześć. Aleks chciał wam coś powiedzieć.
-Chciałybyście iść na trening Skry jutro? - zapytał.
-My? - dziewczyny popatrzyły na siebie zdziwione, ale uśmiechnięte. - Oczywiście.
-To świetnie, trening jest na 15 – powiedział Aleks. - Do jutra.
Pożegnaliśmy się po czym siatkarz wyszedł, a ja zostałam w mieszkaniu Marty.
-Ada.
-Tak, słucham.
-To niewiarygodne – powiedziała Basia.
-Wiem – odpowiedziałam. - Zawsze chciałyście iść na trening Skry.
-Nie o to chodzi.
-A o co? - zdziwiłam się. Basia podała mi lusterko. Przejrzałam się w nim, nic specjalnego, zawsze byłam brzydka. W moim mniemaniu, oczywiście. - Co jest?
-Czy ta dziewczyna w lusterku może nadużywać kolano? - spytała.
-O kurde – załamałam ręce. - No nic. Po prostu gdy zacznie mnie boleć, to zejdę.
Dziewczyny zaczęły się śmiać. Chyba za dobrze mnie znały. Choćby nie wiem jak mnie bolało i tak nie zejdę.
Ale to nie tyczy się tylko gry. Życia również. Gdyby nie wiadomo jak mnie życie skarciło, ja nigdy nie zejdę z tej sceny i nie przestanę grać pierwszych skrzypiec. Za bardzo cenię sobie życie, żeby się poddawać.

W każdej bajce są doliny i szczyty. Ale pamiętaj, zawsze gdy zejdziesz w dół, prędzej czy później wejdziesz na szczyt. 


Z lekkim opóźnieniem czasowym, ale jest.
Póki co, postaram się wrzucać coś co dwa, trzy
dni. Jednakże w marcu będę miała dużo testów kwalifikacyjnych
i ogólnie dużo nauki, więc może będę wrzucać nowy rozdział raz na cztery dni.. 
Jeszcze zobaczę. 
Nowy rozdział chyba już we wtorek lub w środę.
pozdrowienia,
Just me
P.S. - Od razu, na forum, chciałabym złożyć serdeczne przepsrosiny
dla moich przyjaciółek (za piątek). 

 "Czy kiedykolwiek kochałeś kogoś tak bardzo, że oddałbyś za niego rękę?
Nie, nie w przenośni, dosłownie - czy oddałbyś za niego rękę?"
(Eminem - When I'm Gone)
Tak, są takie dwie osoby - WY !!